10.08.2020

Królicza nora jest moim umysłem.


Siedzę wieczorem na tarasie z Miaukotem i Czarnuchem. Są też świerszcze. Nareszcie mogę odpocząć po tym szalonym dniu - szesnastym dniu odosobnienia. Szkoda, że dopiero teraz na to wpadłem, żeby ten czas wykorzystać inaczej. Pierwszy tydzień zmarnowałem na picie z przyjaciółmi. Tak wiem, picie z przyjaciółmi to jeden z tych chwalebnych uczynków i biedny ten kto nie zaznał podobnej przyjemności. Ja jednak zwyczajnie się umęczyłem. Prowadzenie tygodniowych turnusów rehabilitacyjnych klubu seniora przestało mnie bawić. No, ale przynajmniej narobiłem sobie dobrej karmy.

Na dwójce mówią o festiwalu Chopinowskim w Dusznikach Zdrój. Ktoś wspomina występ ponad siedemdziesiąt letniego Stefana Askenase. Stary mistrz nie musiał jak młodzi adepci popisywać się umiejętnościami, dzięki temu popłynęła sama muzyka. Pianista mówił, że młodzi często zapominają o tym, że muzyka jest magią. Rzeczywiście, ja także często zapominam, że każdy wieczór może być i jest magiczny. Wystarczy tylko odnaleźć tę furtkę i przejść na drugą stronę. Zupełnie jak Alicja. Unieść głowę nieco powyżej codziennego zgiełku i dostrzec to co wokół. To co czeka na nas, podane na tacy. 

Wokół świecy lata oszlała ćma. Jak bardzo podobna jest do ludzi krążących wokół spraw nieistotnych. Miaukot wabi mnie w noc. Mówi: zostaw już to myślenie, chodź popatrzymy na mleczną drogę. Po drodze myślę o tym, że muszę kupić statyw. W ciemności słychać brzęk kłódki. Za płotem sąsiad zamyka szopę, a tuż nad nami wiszą konstelacje gwiazd. Idziemy leśną przesieką. Pod stopami pękają mi suche na wiór szyszki. Skręcam w stronę domu i błądzę pomiędzy drzewami. Myślałem, że znam mój Mordowar. A jednak, zgubiłem się! 




Obserwatorium