18.08.2019

O diecie, purchawkach i offie w Jysku.


Od trzech tygodni jestem na pogłodówkowej diecie. Jem pięć razy dziennie, co trzy godziny małe ilości owoców i warzyw. Żadnego sera, pieczywa, że o kiełbasie nie wspomnę. Nie czuję się głodny, jestem cudownie syty, lekki i zadowolony. Czasami tylko, gdy mijam rowerem znane mi miejsca, zamiast oczami postrzegam je smakiem. Czasami mam smaka na to i owo, lecz o tym cicho, sza.

Kempingi i domki turystów smakują skwaśniałym piwem i mielonką. Pachną wilgocią i wolnym czasem. Niewielkie przyczepy kempingów, które rozsiadły się na brzegu jeziora są niczym olbrzymie purchawki. Kotwiczą tu od lat i tylko latem ożywają pod wpływem ofiarnych dymów turystycznych ognisk. Dymem pachnie też miasteczko O. Dymem, czerwonym barszczem i bielą upranych firan.

Dzięki diecie wróciła do mnie energia. Jeżdżę rowerem po dwadzieścia kilometrów i sprawia mi to radość. Do tego nordic walking i joga, to razem trzy godziny dziennie czasu poświęconego sobie. Tak więc mam lekkiego hopla na punkcie kultury fizycznej i prawie stałem się niekulturalnym kulturystą. Powracają wspomnienia z młodości, bo znowu mam młode ciało.

Na zdjęciach poniżej nowy komplecik wypoczynkowy kupiony przez Mistrza na 75% offie w Jysku. Można na nim się lenić, czytać książki, pić kawę (jaka szkoda, że nie piję), oganiać przed komarami, patrzeć jak księżyc na zmianę ze słońcem toczą się po  niebie. Gwiazdy niczym roje much spoglądają na nas z góry, by już za chwile, gdy tego zechcemy poderwać się do lotu i razem z nami poszybować. A później wrócić i zamknąć się w domu, bo w domu drogie dzieci dzieją się rzeczy najciekawsze.





Archiwum

Obserwatorium