21.04.2020

Ci, co śpią na dnie.


Wróciłem do pisania sesji rpg, czy raczej storytelling. Zasady są proste. Kawałek piszę ja, kawałek druga osoba. A jako, że lubię morze to wymyśliłem klif i latarnię, czyli morza szum, ptaków śpiew. Znacie? To posłuchajcie moich fragmentów. Ta sesja wciąż trwa.

***


Morską latarnię w pobliżu Nowherhill nazywano latarnią na końcu świata. Zbudowana na wysokim klifie, śmiało spoglądała swym jasnym okiem cyklopa w rozpościerającą się u jej stóp przestrzeń. Za nic miała ścierające się ze sobą żywioły, wściekle atakujące fale, które co noc próbowały wspiąć się po wysokich skałach i porwać w głębiny Johna Doe, jej jedynego lokatora. Krępa sylwetka latarni od lat opierała się wichrom północy, niosącym krzyk syren i chłód mrożący duszę. Zmaltretowana przez wiatry, oddalona od ludzkich siedzib ostrzegała żeglarzy, by nie zbliżali się zbytnio do światła. Lekceważący przestrogi ginęli jak ćmy w płomieniu lampy, a ich ciała wraz ze szczątkami okrętów ścieliły wąski pas wybrzeża pod klifem, aż do następnego sztormu.

Latarnia miała trzy poziomy. Najwyższy był przeszkloną galeryjką po środku której zamocowano ogromną lampę z krzywym zwierciadłem. Lustra zwierciadła odbijały nie tylko światło. Latarnik widział w nich także własną twarz, każdego dnia tą samą, niezmienną jak pogoda na Półwyspie Szkierów.
Do galerii z lampą wchodziło się po stromej drabince wprost z mieszkalnej izby. Siedem na siedem kroków liczyła powierzchnia na której umieszczono stół z dwoma krzesłami, łóżko,  niewielką kuchenkę i szafę z najróżniejszymi rzeczami. Czego w niej nie było! Mapy wybrzeża leżały obok książek, a kawałki bursztynu walały się pośród muszli o fantazyjnych kształtach. Bardziej praktyczne rzeczy, jak żywność i ubrania, można było znaleźć, schodząc po krętych schodach na sam dół budowli.

Tego wieczora John Doe nie zapalił latarni. Sztorm, kwadrans po północy, zastał go śpiącego z głową na stole, tuż obok flaszki whiskey. Kiedy ocknął się, zerwał przerażony i pobiegł na górę wzniecić światło. Stał tam do rana, patrząc jak deszcz biegnie falami. Próbował modlitwą uspokoić myśl o tym, że własnym niedbalstwem mógł doprowadzić do katastrofy. Gdy tylko się rozwidliło, zbiegł wykutymi w skale schodkami na wąski pas wybrzeża pod klifem. To jednak się stało! Resztki rozbitego żaglowca leżały pośród ciał. A jednak nie wszyscy byli martwi. Jak worek zarzucił na plecy nieprzytomną kobietę i zabrał na górę, do małej izby w której stół i szafa… drugie krzesło do tej pory puste. Rozebrał kobietę z przemoczonych rzeczy i ułożył na łóżku, przykrywając grubym, wełnianym kocem.
- Ocknęłaś się, to dobrze – podał jej kubek z kawą – tymczasem nic nie mów, odpoczywaj. Na rozmowy przyjdzie czas. Idę rozwiesić twoje ciuchy, żeby przeschły, bo w samym kocu czujesz się zapewne niezręcznie.

*

Wziął kosz z ubraniami i zszedł krętymi schodkami na dół. Zaskrzypiały drzwi do latarni i już był na dworze.
Gnane wiatrem chmury płynęły tak nisko, iż miało się wrażenie, że wybrzeże jest wnętrzem szklanej kuli w której ktoś na siłę upchnął morze, skały i latarnię, pozostawiając niebu zbyt mało miejsca. Kiedy John Doe rozwiesił na linkach przemoczone rzeczy, wiatr załopotał i wydął je jak żagle, próbując porwać ze sobą.
Morze miało kolor roztopionej rtęci, jak to zazwyczaj bywa po nocnym sztormie. Teraz się wygładzało, uspokajało, fala za falą cichło. Warto było iść sprawdzić co jeszcze wyrzuciło na brzeg z rozbitego okrętu.

Na plaży nie znalazł niczego poza mnóstwem desek i zwłok czterech marynarzy. Po dokładnych oględzinach okazało się, że jeden z nich żył jeszcze. Kiedy latarnik obrócił go na plecy otworzył oczy i zaczął, zapewne w malignie, powtarzać wciąż: „nie było światła, nie było światła”. John doskonale rozumiał co ma na myśli, bo ta sama myśl tkwiła w nim jak wyrzut sumienia. Przerażony zasłonił dłonią usta i nos rozbitka. Przyciskał rękę do jego twarzy tak długo, aż biedak umilkł na zawsze.
Po popełnieniu nowej zbrodni, wstał z klęczek i z niepokojem spojrzał w okna latarni. Widziała?

Wiatr przybierał na sile i ubrania kobiety wyschły już całkiem. Kiedy kładł je tuż obok łóżka, próbował nadać twarzy pogodny wygląd.

- Ubierz się, a później opowiesz mi ile pamiętasz z wypadku.

*

Słuchał stojąc twarzą do okna, by ukryć emocje. Kiedy skończyła mówić poczuł ulgę. Tak naprawdę nie był mordercą i myśl, że będzie musiał za chwile zabić swego gościa, napełniała go wstrętem. Gdyby była świadkiem jego karygodnego niedbalstwa, nie miałby wyjścia. Nie wyobrażał sobie życia poza latarnią. Śledztwo związane z katastrofą statku u stóp latarni i tak się odbędzie, nie miał co do tego wątpliwości, ale nikt nie udowodni mu, że światło tej nocy nie płonęło.

- Wygląda na to, że jesteś moim chwilowym więźniem – usiadł przy stole stojącym tuż obok okna – brak butów w tej okolicy, praktycznie uniemożliwi ci wyjście na zewnątrz. Skały są bardzo ostre, a małe kamienie i drobne muszle nie pomagają w poruszaniu się. Oczywiście nie mam zamiaru traktować cię jak więźnia, będziesz mi najmilszym gościem do czasu kiedy za miesiąc nie zjawi się transport z żywnością. Do Nowherhill jest stąd pięćdziesiąt mil, a ja nie dysponuję żadnym transportem. Nie mam konia, ni osła, choć czasem zdaje mi się, że sam nim jestem, starym, upartym osłem.

Przesadzał mówiąc o wieku. Prócz bujnej brody i zmarszczek, tak charakterystycznych dla twarzy wystawionych na słońce i wiatr, miał bystre oczy. Pod ubraniem składającym się z bluzy i spodni z grubego, marynarskiego płótna kryło się gibkie ciało, o prostej, nieprzygarbionej sylwetce. Jego ruchy z pozoru ociężałe, były bardziej wynikiem niespiesznego trybu życia, niż starością.
Co prawda czarne włosy i brodę miał oprószone siwizną, lecz były to raczej nitki babiego lata, niż śniegi schyłku zimy.

- Jeśli tylko zechcesz…

Przerwało mu silne uderzenie w okno. To albatros, nie wiadomo jakim sposobem, zagubił swój kurs i zderzył się z latarnią.
John Doe zerwał się od stołu i zbiegł na dół. Ogromny ptak żył jeszcze. Wydając żałosne dźwięki, szamotał się na ziemi, powłócząc złamany skrzydłem. Nie ma chyba nic bardziej żałosnego od widoku podniebnego żeglarza strąconego ze swej wysokiej nawy na sam dół piekieł, gdzie nagie skały są zbyt nieprzyjazne, a dotychczasowe życie jest utraconym rajem.
Ptak nie miał żadnych szans na przeżycie. Co prawda można, by mu opatrzyć i poskładać złamane skrzydło, ale opieka nad rekonwalescentem wymagałby zbyt wiele wysiłku.
Latarnik wyjął składany nóż i przyłożył do szyi albatrosa ostrze.

*

Nie wahał się, nawet nie odwrócił wzroku. Surowość natury nie przewidywała litości dla chorych i kalekich. Pozbawiając życia, oszczędzał biednej istocie cierpienia. Co prawda świat bez cierpienia byłby martwy, bo jest ono jego nieodłączną częścią, niestety człowiek nie potrafi tego zrozumieć i wciąż na siłę próbuje ingerować w bezwzględne prawa. Nie radząc sobie z uczuciami, które tak lekkomyślnie w swym sercu uszlachetnił, cierpi razem z innymi. John Doe bał się cierpienia, dlatego też przeciągnął nożem po szyi ptaka. Nie dał mu szansy na ból, drogę przez mękę i być może ozdrowienie.

Odcięta głowa upadła na ziemię, leżała w kałuży krwi wpatrując się w okna latarni martwym wzrokiem. Bezgłowy albatros biegł, bijąc bezradnie skrzydłami, aż dotarł do skraju klifu i runął w swój ostatni lot. Jego upadek odbił się echem w krzyku mew gniazdujących na stromym urwisku. Uniosły się chmurą nad wybrzeżem krzycząc przeraźliwie. Latarnik podszedł do krawędzi skał, by spojrzeć w dół.  Krążące nad nim mewy zataczały coraz ciaśniejsze kręgi, aż stał się niewidoczny w gęstniejącym roju. Nie obawiał się ptaków, w tej chwili czuł się jednym z nich.

Rozłożył szeroko ręce. Silny wiatr łopotał rękawami bluzy, która wydęła się jak balon. Mewy swym krzykiem zachęcały do skoku. Gdyby życie naprawdę było snem, jak twierdzą niektórzy, to nie powinno mu się nic stać. Wyląduje na plaży, albo nie! Tak jak albatros poszybuje nad falującym morzem. Odda się północnym wiatrom, a te będą go niosły, aż doleci do nowego lądu.  Dotrze do nowego życia w którym nie będzie miejsca na lęk. Wystarczy tylko ugiąć nogi i pchnąć swe ciało w przestrzeń. Jeszcze chwila i zniknie na zawsze.