13.09.2021

Magiczne ognie tej jesieni

W niedzielę nad ranem jest tyle mgły, że wracam do domu po omacku.  Rozpalam ognisko, ale takie małe, akurat, by usiąść tuż obok i włożyć nogi w żar. Przepędzić mgłę, która, jak jesień, jest w uszach, nosie i głowie. Rozpalić w sobie ciepłe myśli, jak choćby ta o Mistrzu, który jeszcze śpi, bo postanowił spędzić resztę urlopu nie wychodząc z łóżka. Wabię go pieczonymi na kiju sowami.

Później idziemy na most zobaczyć, w którą stronę płynie rzeka. Czy nie zawróciła swych wód, czy my wraz z nią nie robimy się młodsi. Jej siwe włosy, splątane wodorosty i moje dziury w mózgu wydają się temu przeczyć. Rzeka od lat jest ta sama, chociaż tyle dobrego. Jeśli czas nie może płynąć do tyłu, niech chociaż stoi w miejscu. Wiem, że to głupie, ale nie potrzebuję niczego więcej.

Razem z jesienią przychodzi do nas cisza. Psy przestają ujadać i nawet traktor sąsiada zadumał się, leniwie szykując do snu. Podoba mi się mgielny świat, od płotu do płotu - od świtu do zmierzchu, dalej nie ma nic. Czasami tylko odwiedzają nas goście spoza ogrodu. Wieczorem przychodzi lis, obchodząc dom trzy razy, nikim i niczym się nie przejmuje. Patrzymy na niego z tarasu i czujemy się tak, jakby nas rzeczywiście nie było. 




2 komentarze: