12.10.2021

Dzień szósty

Coraz bardziej oddalam się od materialnego świata. Stanąłem tuż obok siebie i nic mnie już nie cieszy (prócz miłości Mistrza, rzecz jasna), to bardzo psychodeliczne uczucie, taki bad trip. Zupełnie jakbym znalazł się na wyspie umarłych. Bez dotychczasowych zabawek, jestem jak martwy, ale nie tęsknie za nimi: filmy, alkohol, wymyślne jedzenie, muzyka i co tam jeszcze, każdy ma swoje własne bawitko, którym wypełnia czas, nim znajdzie się tu gdzie teraz stoję. Twarzą w twarz ze sobą.

Wróciły do mnie sny, tak bardzo wyraźne jakby próbowały przypomnieć o tym co z drugiej strony lustra, tam skąd przyszedłem. Dzisiaj śniła mi się zazdrość. Tak podła i wstrętna, że po przebudzeniu nie mogłem się otrząsnąć z koszmaru. Zazdrość to jeden z siedmiu grzechów głównych. Prócz niej nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo - brzmi jak przepis na całkiem udaną imprezę. No niestety taki byłem, bimbałem sobie, bo przecież z życia trzeba jak najwięcej. Żyj chwilą - prawda?

Po wczorajszym, całkiem udanym dniu mam kryzys. Spacerując w lesie ledwo powłóczę nogami. Siadam na każdym powalonym pniu i wystawiam twarz do słońca. Pod powiekami miast zwyklej czerni faluje czerwień, a w niej chmury myśli. Chyba moich, nikogo więcej tu nie ma. Ale ja przecież już przestałem myśleć, pomimo tego one są wszędzie. Bezkształtne czekają, żebym owinął je wokół głowy. Wracając widzę samochód ciągnący przyczepę z dorodną świnką. Raczej nie zabrali jej na przejażdżkę. Jadą do pobliskiej rzeźni. A taki wesoły żywot miała - jadła i piła do woli, tarzała we własnym gnoju. Budzą się we mnie smutne skojarzenia. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz