24.11.2021

Schronisko na czterdziestej mili

Koniec listopada to chyba najgorszy okres dla mnie. Jest ciemno, zimno i wietrznie. Niechby już chociaż spadł śnieg, bym mógł po wilczych tropach powrócić do schroniska na czterdziestej mili. Powitać nowe, bez żalu zostawiając za sobą stary świat. Ten, który poznałem na tyle dobrze, by uznać, że stałem się najmniej ciekawym jego elementem. Czyżbym znów starał się zacząć wszystko od nowa? Oby nie było to prawdą.

*

Pod szerokim nawisem śnieżnej czapy, zwisającym z grani niczym łabędzie skrzydło, przycupnęła chata pamiętające lepsze czasy, zapewne jeszcze te sprzed wędrówki lodowca. Chata schroniska nie miała żadnej nazwy, a ci którzy bywali tu gośćmi nazywali ją po prostu chatą na czterdziestej mili. Nikt nie wie skąd wzięło się to miano, bo w promieniu wielu mil nie znajdowały się żadne ludzkie siedziby. Prowadziły tu ścieżki zbyt wąskie dla górskich kozic, toteż człowiek w tej okolicy był rzadkim widokiem. Już prędzej przemknęła tędy zagubiona kometa, lub jeden z oszronionych olbrzymów..

Zadymka śnieżna przybiera na sile i sylwetka przewodnika ginie za zasłoną padającego śniegu. Na szczęście odległość pomiędzy nim, a mną jest na tyle niewielka, że wciąż odnajduję jego ślad, nim zniknie przykryty warstwą białego puchu. Idę w śniegu po kolana, a wiatr podnosi wciąż nowe tumany i łączy je z lecącym z nieba śniegiem. Podobno ludy północy mają dziesiątki określeń na śnieg - o jakże przydałaby się teraz znajomość choć części z nich. 



Przed oczami mam tylko biel i odciśnięte w niej tropy prowadzące do schroniska na czterdziestej mili. Przekonuję się o tym, gdy ślad nagle ginie, odgrodzony solidnymi drzwiami od reszty opowieści. Schronisko na czterdziestej mili sklecone jest z wiatru i śniegu. Nie uświadczysz w nim przypadkowych podróżnych, ci raczej wolą przetarte drogi i schroniska pachnące ciepłą strawą, wygodne posłania, oraz wieczory przy blasku kominkowego ognia. W tych ciepłych i bezpiecznych miejscach nie spotkasz jednak gawędy ciekawszej, niż czcze przechwałki. Nie poznasz tam własnych słabości. Dlatego wolę górskie schroniska sklecone z wiatru i śniegu, będące schroniskiem tylko z nazwy, bo żeby przeżyć w nich noc trzeba czegoś więcej, niż tylko dwu cali sadła pod skórą.






2 komentarze:

  1. Również nie darzę sympatią końcówki listopada...

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne zdania, jak z powieści. Chętnie poczytałabym taką zimową powieść o Schronisku na czterdziestej mili, nawet nie musiałaby zawierać żadnych niezwykłych wydarzeń, byleby pisana była w takim klimacie i stylu. "Już prędzej przemknęła tędy zagubiona kometa" - mmm...

    OdpowiedzUsuń